sobota, 6 września 2014

Rozdział 35

Soundtrack:

* Hallelujah - Matthew Schuler (cover)

* Brokenhearted - Karmin (Acoustic Version)


- Wszystko już w samochodzie? - pyta mnie Sara zatrzaskując wieko bagażnika. Przytakuje jej skinieniem głowy i wślizguję się do samochodu. Zayn nie dzwonił, ani nawet nie próbował się ze mną skontaktować, odkąd zostawił mnie samą przed akademikiem.

Obawiam się, czy wszystko z nim okay, czy z nami jest okay, cały czas się o niego martwię. Sara wsiada do samochodu wpuszczając do środka chłodny podmuch . Odpala wóz i włącza radio z uśmiechem.

- Gotowa na godzinną jazdę? - śmieje się kiedy wyjeżdżamy z kampusu. Czuję ulgę wracając do domu - do miejsca, które znam, jak kieszeń własnych spodni. Tam nigdy nie działo się nic nieoczekiwanego, nic spontanicznego.

- Chyba ty - dołączam do jej śmiechu, a dziewczyna podkręca ogrzewanie, kiedy kierujemy się w stronę Loveland. Jazda okazuje się być krótka, jestem zbyt zatopiona w swoich myślach, aby móc rozmawiać z blondynką, ale nie ma mi tego za złe.

Z jakiegoś powodu, wydawała się być zestresowana przez całą drogę, przygryzała wargę, nerwowo się kręciła, a na jej twarzy brakowało jej pięknego uśmiechu.

- Dobrze się czujesz? - pytam ją, kiedy zbliżamy się do jej domu. Dziewczyna przytakuje i rzuca sztucznym uśmiechem.

- Dlaczego miało by być inaczej? - łączy brwi w jedno z zakłopotaniem. Kąciki moich ust opadają, czuję, że mnie okłamuje, ale nie wiem co ukrywa.

- Bez powodu - uśmiecham się do niej ciepło, aktualnie przejeżdżamy obok jej sąsiadów. Krążymy wokół stawu i ostatecznie podjeżdżamy pod jej trzy piętrowy dom.

Z zewnątrz wygląda na dużo mniejszy, niż w rzeczywistości. Budynek ma piękny szary kolor z ceglanym garażem obok.

Dziewczyna parkuje samochód i wysiada na zewnątrz. Podążam za nią zabierając swój telefon. Sara wyciąga swoje tobołki z bagażnika i idzie do domu.

Podskakuje lekko, dopóki nie dosięga drzwi wejściowych i jednym szybkim ruchem je otwiera. Stoję tuż za nią, przekraczając próg domu dziewczyna uroczyście ogłasza;

- Mamo, tato! Jestem w domu! - upuszcza walizki w salonie, a ja rozglądam się po znanum mi pomieszczeniu. W środku widzę tę samą drewnianą klatkę schodową z pasującymi do niej panelami.

Po naszej prawej znajduje się salon, który po brzegi wypełniony jest meblami. Przypominam sobie te wszystkie wspólnie spędzone tu noce, biegałyśmy po tych schodach bawiąc się w księżniczki. Schody zawsze imitowały 'Grand Staircase', teraz nie wydają mi się już być takie ogromne i wyniosłe, mają najzwyklejszy rozmiar w kształcie litery 'L'.

- Sare-bear  ( przepraszam, nie mam pojęcia jak to przetłumaczyć, ale to takie pieszczotliwe, wiecie jak ojciec do córeczki) - słyszę, jak jej tato woła ją. Patrzę na wysokiego, jasnowłosego ojca Sary, który wchodzi z kuchni do salonu. Mężczyzna ma na sobie polo w odcieniu głębokiego błękitu oraz spodnie.

Sara piszczy i rzuca się mu w ramiona, oboje zatapiają się w ciasnym uścisku. Kolor włosów Sary oraz oczu odziedziczyła właśnie po nim, ale kształt twarzy zdecydowanie ma zdecydowanie podobny do mamy.

- Tatusiu! - cieszy się, rodziciel odkłada ją z powrotem na ziemię z uśmiechem na twarzy.

- Sara! Tak się cieszę, że jesteś już w domu! - oni są tak pogodną rodziną - Isobel chodź tutaj! Sara tu jest! - jego niski głos dźwięczy po całym domu.

Ściany salonu mają ciepły brązowy kolor, a meble doskonale do nich pasują. Wszędzie porozwieszane są piękne malowidła, jej mama od zawsze odznaczała się niezwykłym talentem do dekorowania, z pewnością mogła by znaleźć pracę w tej profesji.

- Co się dzieje Cal? - słyszę głos mamy Sary dochodzący z góry.

Wkrótce pojawia się na szczycie schodów, ma na sobie śliczną żółtą sukienkę kończącą się zaraz poniżej kolan. Jej mama ma jasno brązowe włosy z pomarańczowymi pasemkami, a oczy są jasno niebieskiego koloru.

- Mamo! - Sara macha do niej, na co twarz rodzicielki rozjaśnia się na widok córki. Szybko zbiega po schodkach i ściska ją ciepło.

Zdaję sobie sprawę, że zostawiłyśmy otwarte drzwi, wracam tam i je zamykam. Ten dźwięk przykuwa na mnie całą ich uwagę.

- O mój boże, Julio, to ty? - Isobel patrzy na mnie z uśmiechem - Wyglądasz przepięknie! - podchodzi do mnie i ściska, mogę poczuć woń jej drogich perfum. Kobieta oddala się przerzucając swoje włosy na ramię - Pokręciłaś włosy! - wykrzykuje dotykając loków.

Myślę, że wyglądam nieco inaczej. Kręcę włosy już dużo częściej, loki dodawały mojej twarzy lepszego wyglądu. Zaczęłam również codziennie malować oczy eyelliner'em, a nie tylko podczas ważniejszych uroczystości.

- Dzięki, to robota Sary - wskazuję na blondynkę, która gawędzi z tatą. Przez moment znów zerkam na jej wielki dom. Tak naprawdę to nic się nie zmieniło; wszystko jest czyste i pachnie cytryną - zawsze pachniał w ten sposób po każdym sprzątaniu. Sufity były wysokie, a wielki żyrandol rozświetlał całe pomieszczenie.

- Jula cieszymy się, że wpadłaś, wracasz do domu? - Cal zwraca uwagę na mnie i przytula mnie ciepło.

- Tak, pomyślałam jednak, że najpierw wpadnę się przywitać ze swoją drugą rodziną - śmieję się, a on do mnie dołącza. Czuję się zadowolona, wszystko jest tak, jak powinno, zachowują się i mówią dokładnie tak, jak oczekiwałam.

- Dobrze, że nas odwiedziłaś. Przyjdziesz w piątek na obiad? - pyta mnie klepiąc delikatnie po plecach.

- Oczywiście - zgadzam się. Rodzice Sary byli zawsze przygotowani na urodziny ich córeczki. Zawsze zapraszali wszystkich jej znajomych oraz przyjaciół rodziny na wspólne urodzinowe obiady.

Na tyle podwórka, obok stawu rozstawiali stoły, a gdyby zrobiło się nieco chłodno, zaraz obok rozpalali ognisko. Stoły zawsze były udekorowane i przygotowywali dwudaniowy posiłek wraz ze słodkim tortem.

- Odwiozę ją tylko do domu i zaraz wracam - Sara uśmiecha się do swoich rodziców.

- Oczywiście kochanie, dzięki, że wpadłaś - Isobel macha mi na pożegnanie. Odwracam się i opuszczam ich dom. Sara opowiada mi, jak jej rodzice zmienili się od ostatniego razu, ale je naprawdę nie zauważyłam jakiejś większej różnicy.

Sara odstawia mnie pod domem. Żegnamy się, chociaż spotkamy się na obiedzie w jej domu w najbliższy piątek. Podchodzę do drzwi wejściowych po małym podjeździe.

Mój dom jest średniej wielkości, ma jedno piętro wliczając piwnicę, gdzie moja mama szyje, a tata ma swój gabinet.

Moja mama jest pielęgniarkę, a tato nauczycielem, oboje zarabiali całkiem nieźle i stać nas było na ładny domek. Budynek wyłożony był czerwoną cegłą, a parapety zostały wymalowane na ciepłą zieleń.

Wspinam się po dwóch niewielkich schodkach i wchodzę na ganek. Podnoszę dłoń ku górze, by zapukać, ale szybko ją opuszczam.

Wchodząc do środka jestem oszołomiona buchającym we mnie ciepłem i zapachem - czuję cynamon z nutą sosny. Pachnie bardzo ładnie - tak relaksująco.

- Mamo? - wołam przez dom.

Odkładam tobołki na podłogę i przyglądam się ścianom pomalowanym na ciepłe barwy. Cały dom wydawał się być taki typowy, wchodziło się do ogromnej przestrzeni.

Główny salon miał szare i brązowe barwy. Po prawej stronie, zaraz pod oknem znajduje się stół kuchenny.

- Jula! - patrzę w lewo do kuchni, gdzie pojawia się mój tata. Ma krótkie, brązowe włosy, ciemne oczy, kwadratowy kształt twarzy i prosty nos.

Nie jest zbyt wysoki, z pewnością nie ma wzrostu Cal'a - taty Sary, ale jest wyższy ode mnie.

- Tato! - wykrzykuję ściskając go. Oddalam się i obserwuję go - wygląda na dużo szczuplejszego, niż go zapamiętałam, teraz wiem, co miała na myśli Sara mówiąc, że jej rodzice wyglądają inaczej. Zauważyła tę drobnostkę, której mi nie udało się w ogóle dostrzec.

- Eliot, czy to nasza Jula? - słyszę wysoki i ciepły głos mamy dochodzący z góry. Patrzymy w tamtą stronę, a ona pojawia się w ramie drzwi. Jej krótkie, potargane włosy związane są w kucyka.

- Cześć mamo - macham do niej, a ona zerka na mnie zaskoczona. Kobieta szybko mnie do siebie przyciąga i przytula do siebie.

- Nie miałam pojęcia, że nas odwiedzisz! - wykrzykuje radośnie - To znaczy rodzice Sary wspomnieli, że ona tu wpadnie i słyszałam, że się z nią zabierzesz, lecz ty nigdy do nas nie dzwoniłaś! - w tonie wyczuwam, że jest troszkę na mnie zła. Marszczę brwi i przytakuję jej.

- Przepraszam, ale zupełnie o tym nie pomyślałam - Zayn zajmował mi większość mojego wolnego czasu.

- W porządku, ale wolałabym wiedzieć, posprzątała bym tu - rozglądam się, wszystko lśniło czystością.

Kafelkowa podłoga jest bez skazy, dywan leżący w salonie został odkurzony, na kanapie porozrzucane było tylko kilka zabawek należących do Jeremy'ego.

- Gdzie Jer? - odwracam się do mamy i jak na zawołanie słyszę, jak chłopiec raczkuje wspinając się na schody. Przechodzę obok niej i docieram do młodszego braciszka. Za plecami słyszę, jak tata zgania mamę, że zwróciła mi uwagę za nie kontaktowanie się z nimi.

Chłopiec ma jasne, brązowe włoski po mamie, ale ciemne oczy odziedziczył już po tatusiu. Uśmiecham się do niego i podnoszę go góry.

- Hey! - wykrzykuję wysokim, dziecięcym głosikiem. Jer chichocze uroczo - Hej maluchu - uśmiecham się dotykając jego twarzyczki i tulę go ciasno.

Moje serce bije z radości, stęskniłam się za nim najbardziej z całej mojej rodziny - nie to, że nie kocham swoich rodziców, ale to przecież był mój młodszy braciszek.

- Jula, jesteś głodna? - pyta mnie tata. Odwracam się z Jeremy'm na rękach i przytakuję. Oboje stoją ramię w ramię obserwując mnie z szerokim uśmiechem na twarzach.

Nie za bardzo z wyglądu przypominałam swoją mamę - nie tak bardzo, jak Jeremy. Odziedziczyłam niektóre jej cechy, ale to nic bardzo zauważalnego. Byłam po prostu bardziej podobna do taty.

Mały to mieszanka obojga rodziców, nawet w tak młodym wieku można było dostrzec podobieństwa pomiędzy nim, a rodzicami.

- Tak, a ty? - pytam chłopca, na co on słodko chichocze. Ma na sobie ciemną, niebieską koszulkę z długim rękawem z czerwono-żółtymi paskami na brzuszku oraz spodnie. Na stopach nie ma bucików i swobodnie one zwisają obijając się o moje ciało.

- Tak - odpowiada z jasnym uśmiechem, na co mój banan poszerza się jeszcze bardziej.

- Przygotuję obiad, chcesz rozpakować się w swoim pokoju? - pyta mnie mama wchodząc do kuchni. Podążam za nią , kiedy tata podnosi moją walizkę i zanosi w odpowiednie miejsce.

Rzucam w niego wdzięcznym uśmiechem, na co mruga do mnie i znika w holu.

- Pewnie - wchodzę do szeroko otwartej kuchni. Zasiadam na stołku przy blacie z Jeremy'm na kolanach.

- Jeszcze nie gotowe - kobieta mówi mi wyciągając potrzebne produkty z lodówki.

- Pomyślałam, że trochę porozmawiamy, zanim zacznę się rozpakowywać - wyjaśniam jej, kiedy chłopiec wstaje z moich kolan.

- Jasne - uśmiecha się podając mi warzywa z deską do krojenia - Zrobię chicken pot pie*, Jeremy je uwielbia! - uśmiecha się do małego chłopca.

Szybko sadzam go na podłodze, na co on wstaje o biegnie do salonu. Kroję warzywa, kiedy moja mama włącza piekarnik.

- Jak wam się żyje? - pytam rozglądając się po pomieszczeniu, które w ogóle się nie zmieniło.

- Świetnie! Twój ojciec dostał podwyżkę w pracy. Wszyscy w szkole bardzo za tobą tęsknią - mówi. W Loveland znajdowała się tylko jedno liceum, właśnie tam pracował mój tato.

- Na prawdę? - unoszę brew krojąc marchewki. Brakuje mi tej lekkości w życiu, rutynowego, wspólnego obiadu i rozmowy o spędzonym dniu - przynajmniej o momentach, którymi chciałam się z nimi podzielić.

- Tak, a jak tam studia? Rzadko się do nas odzywasz, przez cały miesiąc słyszałam cię może z raz - znów mnie zgania. Próbuję się nie irytować i kontynuuje krojenie pomarańczowych warzyw.

- Taa przepraszam... byłam naprawdę najęta nauką - to nie do końca kłamstwo, spędziłam sporo czasu na nauce z Liam'em i kilka razy z Zayn'em - ale tego nie zaliczam do nauki.

- Jak zajęcia? Nadal otrzymujesz dobre stopnie? - jej ton jest natarczywy. Kobieta zagniata ciasto do zapiekanki.

- Tak, oczywiście - zaciskam usta, pewnie, że moją mamę obchodzą głównie moje oceny.

- O czym rozmawiają moje dwie piękne kobiety? - mój tata wchodzi do pomieszczenia niosąc Jeremy'ego. W jego malutkiej rączce jest niebieski pociąg, który mi wręcza - Daj, wyręczę cię - tato podaje mi braciszka, a ja wręczam mu nóż.

- Słyszałam o twojej podwyżce - mówię, kiedy przyciąga deskę i zaczyna kroić warzywa koło mamy.

- Tak, pani dyrektor McCoy tęskni za tobą - uśmiecha się do mnie.

Dyrektorka McCoy jest bliskim przyjacielem rodziny, razem z moją mamą znają się do czasów studiów, dlatego zawsze tak na mnie naciskała, jeżeli chodziło o szkołę - musiałam być wzorową uczennicą godną naśladowania i taka byłam.

Odgrywałam rolę wzorca - idealnego przykładu idealnej uczennicy... Kąciki moich ust opadają, szybko odpowiadam.

- Oczywiście, że tak - zmuszam się do śmiechu, kiedy sadzam Jeremy'ego na blacie stołu. Chłopiec jeździ po nim zabawką i zajmuje się sobą.

- Dobrze się bawisz w nowej szkole?

- Tak - odpowiadam, nie jestem pewna, czy chcę się z nimi dzielić swoimi dotychczasowymi doświadczeniami.

- Czy Sara zaciągnęła cię już na jakieś imprezy - pyta mnie mama, mam wrażenie, że z nadzieją w głosie - oczekuje, że mam jakieś życie towarzyskie. Nigdy nie mogę jej pojąć.

Zawsze była wobec mnie ostra w sprawie szkoły i ocen i pragnęła, abym była jej 'perfekcyjną' córeczką, a z drugiej strony chciała, żebym była taka jak Sara - dusza towarzystwa.

- Na kilka - odpowiadam podnosząc nitkę ze spodni Jeremy'ego.

- Na prawdę? - jej ton pełen zaskoczenia i szczęścia. Nie rozumiem jej toku myślenia, dobre stopnie i imprezowanie nie idą w parze, powinna być tego świadoma.

Nigdy nie chciała, abym imprezowała w liceum - w sumie nie powiedziała mi tego, ale z pewnością by mi nie pozwoliła. Nie rozumiem więc w czym studia się różnią od tamtej szkoły.

- Tak, dobrze się na nich bawiłam. Wiecie, mnóstwo pijanych nastolatków - wzruszam ramionami dźgając chłopca w bok, na co zaczyna się śmiać.

- Mam nowy samochód - mówi pokazując mi swoją zabawkę. Śmieję się na to, że nazywa tę niewielką lokomotywę swoim samochodem.

- Jest super Jer, mogę go od ciebie pożyczyć? - pytam go śmiejąc się, chłopiec wręcza mi ją - Dzięki - zaciągam powietrze i biorę od niego zabawkę. Na jego twarzy pojawia się szczery, dziecięcy uśmiech.

- Poznałaś jakichś chłopaków? - mój tata pyta żartobliwie. Zamarzam gapiąc się prosto w koszulkę brata. Wstrzymuję oddech, mój wzrok zatrzymuje się na liniach ubranka - Jula? - mój tata pyta prawdopodobnie zmartwiony, że go nie usłyszałam. Udaje mi się wziąć oddech i potrząsnąć przecząco głową.

- Nie za bardzo - zaciskam usta, powiedziałabym mu o Zayn'ie, ale nawet nie wiem co się między nami teraz dzieje. Wczoraj zachował się wobec mnie tak zimno i oschle, plus, nawet nie próbował się ze mną skontaktować - dla dziewczyny to jest katastrofa, a mój mózg tylko o tym myśli.


- To nawet lepiej - dochodzi do mnie głos mojej mamy, która odkręca właśnie kurek przy zlewie - Może spotkacie cię z Matt'em, wydaje mi się, że będzie w domu przez weekend.

- Oh - odpowiadam skrajnie przerażona. Mój tato szybko zmienia temat o tym co razem robili w zeszłym tygodniu.

Nie za bardzo wsłuchuję się w ich opowieść, ponieważ znów atakują mnie moje myśli o Zayn'ie, Macie, szkole, domu - o wszystkich przeciwnościach, które w jakiś sposób są do siebie podobne.

Nie przyznałam się im, że podjęłam się znów zacząć tańczyć, z jakiegoś powodu czuję, że to nie ich sprawa. Wiem, że gdybym o tym wspomniała, moja matka zasypała by mnie milionem pytań naciskając na mnie.

Obiad przebiega nam szybko, Jaremy rozwala dokoła większość swojego jedzenia, ale udaje mu się trochę skubnąć.

Jego śliniaczek jest cały ubrudzony jedzeniem, a talerz wysmarowany ciastem. Po tym jak pomogłam posprzątać po posiłku, przepraszam ich i idę do swojego pokoju.

Nawet zachowują się tak, jak zwykle. Zwykłam przychodzić do domu, pomóc rodzicom z obiadem, gawędziliśmy przy stole, następnie sprzątałam naczynia z mamą i wędrowałam do swojej komnaty, by się uczyć. Wydawało się, że nic się nie zmieniło, ale jednak chyba ja jestem nieco inna.

Idę przez znajomy korytarz, skręcam w lewo do swojej sypialni. Słońce już zachodzi i ledwie oświetla krainę na zewnątrz. Podchodzę do walizki, która leży na moim łóżku i zrzucam ją na podłogę. Rozglądam się po małym pomieszczeniu.

Jego ściany są koloru uspokajającego turkusu, na nich wisi kilka kwiatowych dekoracji. Mam dwie póki na książki naprzeciw łóżka wielkości godnej królowej.

Ma ona okrycie koloru kremowego, przez środek przebiega czarny wzór. Patrzę przez okno gapiąc się na ogródek.

Brązowy, drewniany płotek odgradza nas od działki sąsiadów. Nasz ogród nie jest zbyt wielki, ale wystarczający. Jest miejsce na posadzenie jakiś roślin, małą trampolinę, patio i trawę. Niczym nie przypomina ogromnego placu Sary ze stawem.

Przebieram się w pidżamką i wczołguję do łóżka, myślę o Zayn'ie. Chwytam swój telefon, przeglądam nowości, sunę przez nowej esemesy, w razie, jakby był tam jeden od mulata - nie ma nic.

Chcę do niego zadzwonić, napisać, powiedzieć, że o nim myślę. Mózg krzyczy, żeby, tego nie robiła - źle to wczoraj rozegrał.

Wciskam komórkę pod poduszkę i gapię się przez okno. Wiatr kołysze koronami drzew. Było mi dziwnie, bycie w domu wydawało się być jakimś wspomnieniem - zmieniłam się, stałam się inną osobą.

- Dobranoc kochanie - głos mojej matki dochodzi zza drzwi. Nie odpowiadam, wiem, że nie jest w stanie ujrzeć mojej twarzy - nie potrafię wyjaśnić czemu się nie odzywam, po prostu nie.

Cicho zamyka drewniane drzwi i wychodzi z pokoju. Słyszę ciche szepty rodziców, po czym wszystkie światła w domu gasnął.

Jest cicho. Tak znajomo i spokojnie, nawet nie wiem, co ze sobą zrobić. Wszystko jest takie podobne, czuję się tu zagubiona - w tym samym momencie strasznie za nim tęsknie, brakuje mi mojego życia, tego które on zmienił.

Minął tylko jeden dzień odkąd zostawił mnie samą pod akademikiem, ale odnoszę wrażenie, że odkąd wróciłam do Loveland, chłopak się ode mnie oddala, znika. Jakby był snem, z którego się aktualnie budzę i zostaję brutalnie wyciągnięta.

Czuję to.

Z każda kolejną sekundą, kiedy jego przy mnie nie ma, życie, które pragnę powoli oddala się i za niedługo zniknie z zasięgu mej dłoni.


Notka od autorki:

Zapowiedź sukienki Julii na imprezę urodzinową Sary na moim Instagramie! ( ja dodaje go o tu, gdzieś na dole :D)




* chyba wiecie, taka amerykańska zapiekanka, zapieczone warzywa, kurczak pod ciastem :)
_______________________

PRZEPRASZAM ZA ZWŁOKĘ!!! Nie złośćcie się na mnie... :c

Link do sukienki Julii :3

OOO i zobaczcie to! Jakie piękne *.*


ZAYN RUSZ DUPE I DZWOŃ DO NIEJ!!! :c

uuuu... Matt jest w mieście? A co jak się spotkają? :o


Tak, na wattpadzie zaktualizuję rozdziały editami, czyli będą filmiki i zdjęcia Zuliet + nowa okładka!

Do następnego!!


Nie sprawdzany :v


9 komentarzy:

  1. Rozdział świetny <3
    Czekam na następny :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuje za tłumaczenie:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. świetny rozdział jak zawsze, żecze weny i do nastepnego :)

    PS Zostałaś nominowana do Liebster Awords wiecej na https://trust--me--please.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Woahh brakuje mi Zena..
    Czeka. Na nn
    Dzieki za tumaczenie :*
    Natsa

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudne świetnie.! Czekam na nexta.

    OdpowiedzUsuń
  6. I czekam z na nowy rodzial :-*

    OdpowiedzUsuń
  7. Dwa dni, wciągnęłam bloga za jednym zamachem. Genialna historia, napisana w sposób nienaciągany. :)
    Zdecydowanie będę czekać na ciąg dalszy. Poza tym... czemu ona zawsze czeka na Zayna, na to aż on się przywita, pierwszy spojrzy, pierwszy chwyci za rękę? Nie mogłaby sama pomyśleć, o zrobieniu pierwszego kroku? Zwykły sms "Brakuje mi Ciebie" i chłopina nabrałby nadziei, że ona do niego wróci. Denerwuje mnie to u dziewczyn, zawsze wszystko zwalają na facetów :D
    PS. Też jestem dziewczyną, żeby nie było.

    OdpowiedzUsuń

Lydia Land of Grafic